top of page

Fragmenty z «Krzywej Wieży»

Dwa krótkie fragmenty z powstającej „Krzywej Wieży”. Tekst pochodzi z wersji roboczej powieści i może jeszcze ulec redakcji przed publikacją.

Fragment 1 Krzywej Wieży
Rozdział 1: Karczm

– Kto uznał, że jego parchate szkapy mają prawo stać w moim boksie?

 

   Powiedziała to cicho, bez wysiłku, a mimo to słowa przeszły przez całą izbę. Drzwi karczmy otworzyły się z hukiem i wiatr wepchnął do środka deszcz, zimno i zapach rozmokłej ziemi. Rozmowy urwały się. Kufle zatrzymały się w pół drogi do ust, a kości do gry znieruchomiały na blacie.

   W progu stała kobieta w mokrym płaszczu i nie weszła od razu. Najpierw zmierzyła izbę: ludzi przy stołach, szynkwas, stajennego skulonego przy beczkach. Woda spływała jej z włosów na kołnierz, a płaszcz z czarnej wełny – prosty, podróżny – ciążył na ramionach tym ciężarem, jaki materiał przyjmuje dopiero po wielu godzinach w deszczu. Przy krawędziach ktoś obszył go nicią w kolorze przygaszonego żaru, a haft układał się w małe języki ognia, wszystkie pochylone w jedną stronę, posłuszne temu samemu wiatrowi.

   

   Przy szyi miała starą miedzianą zapinkę. Alaryk dostrzegł na niej koło przecięte trzema promieniami, a może płomień zamknięty w kręgu – znak, którego nie znał, choć po sali widać było, że inni znają go aż za dobrze, skoro umilkli na jego widok. Kiedy strzepnęła wodę z palców, między skórą a kroplą przemknął drobny blask, kropla syknęła i znikła, zanim zdążyła spaść na deski.

 

   Piorun rozdarł niebo za jej plecami i przez jedno mgnienie widać było wszystko naraz: srebrne smugi deszczu, błoto na progu, mokre deski pod jej butami i twarze ludzi odwrócone ku drzwiom. Karczma, jeszcze przed chwilą niska, zadymiona i całkiem zwyczajna, wyglądała teraz jak miejsce przyłapane na czymś, czego wolałoby nie pokazywać.

 

   Pod ścianą spał handlarz solą, z policzkiem opartym o brzeg miski. Przy kominie dwóch książęcych żołnierzy grało w kości, a trzeci udawał, że nie przegrał już całego żołdu. Z belki nad szynkwasem zwisały pęki czosnku, suszone zioła i stary żelazny talizman, tak zardzewiały, że sam wyglądał, jakby potrzebował ochrony bardziej niż jej udzielał.

 

   Karczmarz przestał wycierać kufel i szmata zawisła mu w dłoni. Jego żona, stojąca przy garnku z gulaszem, dotknęła palcami małego drewnianego znaku pod szyją – nie ostentacyjnie, tylko odruchowo, jak człowiek, który zaczyna modlitwę, zanim przypomni sobie, do kogo właściwie się modli.

   Kobieta przekroczyła próg. Weszła tak, jakby burza nie została na zewnątrz, lecz posłusznie wsunęła się za nią.

 

   Alaryk siedział przy stole najbliżej ściany, plecami do drewna, twarzą do sali i drzwi – nawyku tego nauczyły go drogi, zasadzki i ludzie, którzy uśmiechali się zbyt późno. Przed nim stał nietknięty kubek piwa, miska gęstej zupy i kawał chleba, którego jeszcze nie zdążył złamać.

 

   Najpierw zauważył jej dłoń, dopiero potem zapinkę przy szyi, a twarz przyszła na samym końcu – bo miała w sobie coś, co kazało człowiekowi najpierw sprawdzić własne ręce. Nie wyglądała na przestraszoną. Wyglądała raczej jak ktoś, kto dawno temu policzył, ile kosztuje strach, i uznał, że go na niego nie stać.

 

   Znał takich, co żyli z magii. Widział, jak po udanym zaklęciu chowali ręce w rękawy, jakby odpowiedzialność też dało się schować pod materiałem. Od tamtej pory ufał raczej rzeczom, które zostawiały ślad: nożowi, linie, pieczęci, własnym dłoniom.

 

   Kobieta przesunęła wzrokiem po izbie, ale nie szukała długo – czekała, aż winny sam poczuje na sobie ciężar jej spojrzenia. Kilku ludzi odwróciło głowy. Jeden z żołnierzy nagle bardzo zainteresował się kośćmi. Stajenny, dotąd skulony przy beczkach, podniósł twarz, zobaczył ją i wytrzeźwiał na tyle, żeby zblednąć.

 

– Pani Wiedano… – zaczął karczmarz.

 

   Nie odpowiedziała mu. Jej wzrok zatrzymał się na Alaryku.

   Pomyślał o Rysie stojącej w cudzym boksie i spojrzeniu, którym klacz ostrzegła go przed wejściem. Wtedy je zignorował.

– A więc – powiedziała – szkapy mają właściciela.

   Alaryk odsunął od siebie miskę zupy spokojniej, niż czuł. Godzinę wcześniej uznał, że pusty boks to dar od losu.

 

   Był to pierwszy błąd tego wieczoru.

Fragment 2 Krzywej Wieży
Rozdział 3: Krzywa Wieża

   Krzywa Wieża ukazała się dopiero wtedy, gdy droga przestała udawać drogę.

   Trakt zwęził się między świerkami, zgubił koleiny, później rozpadł na trzy błotniste ślady. Każdy prowadził ku temu samemu wzniesieniu, choć żaden nie dochodził do niego prosto. Alaryk zatrzymał Rysę na skraju polany. Wałach, na którym jechała Wiedana, zrobił jeszcze dwa kroki i stanął z ciężkim westchnieniem.

   Przed nimi wznosiła się wieża.

   Z daleka mogła uchodzić za dawną strażnicę Korony: wysoką, kamienną, z resztką muru u podstawy i wąskimi oknami wyglądającymi raczej jak rany po włóczni niż miejsca, przez które wpuszcza się światło. Trakt dochodził od południa. Po zachodniej stronie, za połamanym murem, majaczył niski dach stajenki. Wschodni skraj wzgórza opadał ku mokrej dolinie. Układ był czytelny, dopóki człowiek patrzył na ziemię.

   Sama Wieża nie poddawała się temu porządkowi.

   Dolna część pochylała się ku dolinie, górna jakby skręcała w przeciwną stronę. Cień padał pod kątem, którego nie wyznaczało światło. Alaryk policzył trzy kondygnacje, potem pięć, przy następnej próbie cztery. Przestał, zanim miejsce nauczyło go wątpić we własne oczy dla samej zabawy.

   Mimo krzywizny budowla nie wyglądała na ruinę postawioną przypadkiem. Wzniesienie dawało widok na południowy trakt i dolinę, w której biegła rzeka. Resztki muru obejmowały polanę półokręgiem, zostawiając szerokie pole przed wejściem. Dawni budowniczowie chcieli widzieć nadchodzące wozy, ludzi i chorągwie, zanim te dotrą pod kamień. Alaryk odnalazł na skraju drogi zwietrzały słup z ledwie widoczną koroną oraz trzema nacięciami: falą wody, kołem wozu i ukośną kreską burzy. Ten sam porządek, o którym Wiedana wspomniała przy starym znaku na trakcie. Droga, bród, pogoda.

   Słup stał prosto. Wieża nie.

   Niepokoiło go również to, że rośliny przy wzgórzu układały się według dwóch różnych pór roku. Mokra trawa po stronie doliny była ciężka i zielona, podczas gdy przy południowym murze jałowiec miał suche końce, jak po długim lecie. Pod świerkami leżały świeże igły, ale jeden krok dalej ziemię pokrywał popiół, którego nocna burza nie zamieniła w błoto.

   Rysa napięła szyję, lecz nie cofnęła się. Wiedana zsiadła z wałacha wolniej niż zwykle. Przytrzymała łęk dłużej, a kiedy stanęła w błocie, przez chwilę nie zabrała dłoni z grzywy zwierzęcia. Nie był to gest czułości wobec wałacha. Ciało pamiętało inny grzbiet.

   Alaryk zsunął się z siodła i najpierw sprawdził teren. Resztki muru mogły osłonić dwóch łuczników. Jałowiec przy głazach był gęsty, lecz ziemia pod nim nie nosiła świeżych śladów. Polanę przecinał pas szarych kamieni, prowadzący od traktu ku południowej ścianie Wieży. Dawna droga dojazdowa, przykryta błotem i trawą, wciąż trzymała linię lepiej niż wszystkie ścieżki w lesie.

   Przy jednym z kamieni klęknął. Był ciepły mimo chłodnej ziemi. W szczelinie leżał czarny pył, drobny jak mąka i zbyt ciężki, by porwał go wiatr.

– Teren wygląda na pusty – powiedział.

– Dziś – odparła Wiedana.

   Szła już ku Wieży. Nie oglądała się, czy ruszył za nią.

   Alaryk poprowadził Rysę za wodze. Wałacha przywiązał niżej, do pnia rosnącego poza kamiennym pasem. Zwierzę od razu zaczęło skubać mokrą trawę. Rysa zatrzymała się przy pierwszym szarym kamieniu i nie zrobiła następnego kroku.

– Tutaj zostajesz?

 

   Klacz wypuściła powietrze przez nozdrza.

   Alaryk poluzował wodze i zostawił je na jej szyi. Nie ciągnął. Po tym, co widział na trakcie, był gotów uznać końską odmowę za informację, nie kaprys.

 

   Wiedana stanęła pod południową ścianą.

   Nie było tam drzwi.

   Pas kamieni dochodził do gładkiego muru, ciemniejszego niż reszta budowli. Nie widać było zawiasów, belki ani szczeliny. Żadnego progu. Alaryk przyjrzał się podstawie, później spoinom. Dwóch ludzi z nadziakami mogłoby pracować pół dnia i nadal nie wiedzieć, czy otwierają wejście, czy tylko obrażają kamień.

 

   Dłoń odruchowo powędrowała mu pod kaftan, ku książęcemu glejtowi. Zatrzymał ją na materiale.

   Wiedana zauważyła ruch.

– Nie będę przykładał pieczęci do ściany – powiedział.

– Rozsądnie.

– Druga pochwała w dwa dni. Zaczynam się niepokoić.

 

   Nie podjęła gry. Pod oczami miała cień po nieprzespanej nocy, na rozciętym rękawie zaschła krew. Przy zapince tkwił cienki włos          Smugi, tak jasny, że odcinał się od ciemnej wełny.

   Alaryk odwrócił wzrok. Nie wszystko, co dostrzegał, należało do niego.

   Wiedana położyła dłoń na murze.

   Nie wypowiedziała zaklęcia. Kamień pod jej palcami pociemniał, a w głębi ściany coś trzasnęło jak drewno w palenisku. Od miejsca dotyku rozeszły się cienkie żyły czerni. Na wysokości kolan pojawiła się linia, której wcześniej nie było. Potem cień pogłębił się i utworzył wąską szczelinę.

   Mur się nie odsunął. Po prostu przestał udawać, że nigdy nie miał wejścia.

   Ze środka wyszło ciepło oraz zapach suchego dymu. Nie z mokrego drewna ani ogniska. Przypominał coś trzymanego długo w zamknięciu, coś, co nauczyło się czekać bez powietrza. Pod płótnem przy siodle coś uderzyło cicho o skórę. Owinięta tarcza przesunęła się na rzemieniu, odsłaniając przez moment fragment rzeźbionej gałęzi Drzewa Życia.

Alaryk poprawił mocowanie. Mur pozostał otwarty dla Wiedany, nie dla tarczy.

– To tutaj? – zapytał.

– Tak.

– Dom?

 

   Wiedana stanęła na pierwszym kamieniu i znieruchomiała na jedno uderzenie serca. Rysa parsknęła dokładnie wtedy.

– Dom i obowiązek. W tej kolejności bywa różnie.

 

   Szczelina poszerzyła się na tyle, by mogła przejść bokiem. Zanim weszła, obejrzała się na Alaryka.

– Zostań za kamiennym pasem. Nie dotykaj muru. Nie odpowiadaj, jeśli coś zawoła cię po imieniu.

– Często witasz gości takim zestawem zasad?

– Ciebie jeszcze nie witam.

 

   Weszła do środka. Ciemność przyjęła ją bez echa. Po kilku oddechach szczelina zgęstniała i znowu była ścianą.

   Alaryk został na polanie z Rysą, wałachem i rozkazem księcia przy piersi. Spojrzał na prostą linię dawnych kamieni prowadzącą od traktu do miejsca, którego nie potrafił otworzyć.

   Kiedyś wozy Korony musiały dojeżdżać tu bez błądzenia.

   Teraz nawet droga nie chciała przyznać, dokąd prowadzi.

Fragmenty „Krzywej Wieży” – to dopiero początek

„Krzywa Wieża” jeszcze powstaje. Jeśli chcesz wracać do Siewry przed premierą, w „Listach spod Wieży” informuję o nowych tekstach, fragmentach, muzyce i pracy nad książką.

bottom of page